sobota, 20 grudnia 2008

W domu!

Ponoc wszystko co dobre kiedyś się kończy - nastał także i kres mojej podróży. Powrót z Varanasi trwał bite dwie doby, a dzięki uprzejmości indyjskich kolei (wyrażącej się w 9 godzinnym opóźnieniu naszego pociągu do Agry) zostaliśmy przy okazji byc może pierwszymi turystami którzy odwiedzili to miasto nie oglądając Taj Mahal'a. Co tam - będzie jeden powód więcej aby kiedyś tu wrócic. Od kilku godzin jestem już w domu. Chciałem podziękowac Wam wszystkim za wsparcie, dobre słowo i za to że tak często daliście mi odczuc że jesteście całkiem blisko. Tym, których nie dane mi będzie zobaczyc w najbliższych dniach chciałbym ponadto życzyc dobrych, spokojnych i przede wszystkim prawdziwie przeżytych świąt Bożego Narodzenia. Do zobaczenia już wkrótce!

J a ś

czwartek, 18 grudnia 2008

Varanasi

I znowu Indie. Dwa dni w Varanasi - świętym mieście hinduizmu. Życie płynie tu innym rytmem.

Symbole Indii.


Rytualna kąpiel w Gangesie ponoć zmywa grzechy i poprawia karmę. Nie skorzystałem.


Puja o zachodzie słońca.


Stosy płoną tu dzień i noc. Jedni odchodzą...


... inni czekają.


Wedle niektórych święci mężowie.Z oczu różnie im patrzy.


Alfa i Omega po hindusku.


Z dala od Ghat życie toczy się zwykłym rytmem.

Posiłek o poranku.


Przyczajony tygrys.

Z Pokhary do Chitwan

Ostatnie chwile w Pokharze. Zachód słońca nad jeziorem Phewa.


"Pencil cookies ten rupies one thousand rupies?"

W autobusie. Ten kolega robi za sygnalizator zbliżeniowy - komunikacja z kierowcą następuje za pomocą gwizdu (miarowy gwizd - wszystko gra, coraz krótsze gwizdy - niebezpiecznie blisko jakiejś przeszkody).

Park narodowy Chitwan przypomina duże, bardzo duże zoo. Zwiedzamy ze słonia (wiem, że słonia nie widać, ale na nim naprawdę mocno trzęsie a i trudno jakąś jego ciekawą część uchwycić)...

...z wody...

I na lądzie. Przerwa w ekscytującym tropieniu dzikich kur.


Ot i dzika kura.

Inne zaobserwowane. Drabiniarz.

Gospodarka wodna.

Żeby nie było że nie ma słonia. Wjazd po trąbie i ujeżdzam.

piątek, 12 grudnia 2008

Droga do Annapurny

Ośmiodniowa wyprawa przez góry, doliny i rwące potoki. Niezapomniane krajobrazy i moc nowych znajomych.

Życie w górach.



Nawadnianie pól po nepalsku.


Proste zasady lokalnego ruchu ścieżkowego - zwierzęta mają pierwszeństwo.


Dach świata zasługuje na swoją nazwę.



Szybko zmieniały się warunki pogodowe - za dnia kąpanie się w słońcu, wieczorami pożądne przymrozki. Przy okazji miło mi zaprezentować najnowszy krzyk mody wśród trekkerów - śpiwór i poduszkę z kolekcji "pimp my bed".



Annapurna zdobyta, a przynajmniej jej południowa baza wypadowa. Wbrew pewnym obawom organizm dość dobrze zniósł nocleg na wysokości 4.130m npm.


Himalaje urzekają. Machhapuchhre (Fishtail) i Annapurna I skąpane w słońcu.


Ponad chmurami.



Nie tylko my marzniemy.


Dzieciaki w górach wydają się poważniejsze.


Make-up u ośmiolatki. Wyrodnej matki nie udało się sfotografować.


A tu akcent hiszpański - mały matador.


Kapela przygrywa na nepalskim weselu.


Z dachu świata wracamy na dachu autobusu.