Napisze dwa slowa na temat ostatniej nocy.
Zamachy zaczely sie od strzelaniny przed Cafe Leopold, kilkaset metrow od hostelu w ktorym sie zatrzymalem. Przechodzilem przed ta knajpa jakies 15-20 minut wczesniej wracajac z kafejki internetowej, okolo 21:30 lokalnego czasu.
Pierwsze strzaly uslyszelismy siedzac w jakies piec osob w loggy hostelu "Red Shield" prowadzonego przez Armie Zbawienia. Z poczatku myslalem ze to fajerwerki -hindusi maja prawdziwego hopla na tym punkcie. Z bledu wyprowadzil nas Steve, amerykanin z NY; ponadto po chwili pod naszym oknem (bylismy na pierwszym pietrze) przebieglo chaotycznie kilkanascie osob. Strzaly bylo slychac przez nastepne 20-30 minut. Pojedyncze i krotkie serie. Z tego co wiem terrorysci ktorzy uderzyli w knajpe przemieszczali sie do hotelu Taj Mahal, rownie majestatycznego jak nazwa wskazuje. Ten hotel jest olbrzymi, ale jeden z jego rogow znajduje sie dokladnie po przeciwleglej przekatnej skrzyzowania od Armi Zbawienia. W linii prostej od okien przez ktore wygladalismy jest to jakies 30 metrow. Ktos w przyplywie rozsadku zgasil swiatlo; po tym jak strzelanina przeniosla sie na nasza ulice siedzielismy na ziemi; od czasu do czasu ktos odwazal sie wyjrzec na moment przez okno. W ktoryms momencie uslyszelismy potezny wybuch - eksplodowal samochod-pulapka umieszczony przed Tajem, od strony nabrzeza. W tym czasie nasz hostel byl juz zabarykadowany od srodka; zanim do tego doszlo wydostal sie na zewnatrz jeden amerykanin, fotoreporter. Bodajze jego zdjecie jednego z terrorystow opublikowal potem na pierwszej stronie ktorys z tutejszych anglojezycznych dziennikow. W miedzyczasie do hostelu przedostaly sie tez trzy niemki ktore jakos napredce poznalem wczesniej. W czasie ataku na Leopold byly w kafejce internetowej naprzeciwko restauracji; potem siedzialy zabarykadowane w niej od srodka przez dobre pol godziny. Z tego co opowiadaly to kilka metrow przed ich drzwiami stal jeden z terrorystow i strzelal z karabinu maszynowego do wszystkiego co sie ruszalo; natomiast wlasciciel kafejki relacjonowal wszystko telefonicznie przez kilkanascie minut policji. Dziewczyny byly w bardzo kiepskiej formie; nastepne dwie godziny czy cos kolo tego spedzilismy w jadalni hostelu siedzac w kacie, rozmawiajac. Nikt do konca nie wiedzial co sie dzieje - co jakis czas ktos przebiegal przed brama, cos krzyczal; wlasciciel czy tez menadzer hostelu relacjonowal co udalo mu sie uslyszec. Byly rozne sprzeczne wiadomosci czy tez plotki na temat ilosci zamachow i tego kto za tym stoi. Wszystkim troche puszczaly nerwy - strzelanina trwala tuz za naszymi oknami, wszystko wskazywalo na to ze celem terrorystow byli zachodni turysci, a nasz hostel jest znany z goszczenia prawie tylko i wylacznie takich gosci. Ponadto co kilka minut slychac bylo kolejne wybuchy, co nie poprawialo nastrojow - terrorysci zabarykadowani w Taju wzieli zakladnikow; w momencie kiedy policja / armia przystepowala do szturmu rzucali granatami. Te granaty wybuchaly moze z 50, moze z 70 metrow od nas. Jeden ze slowakow ktorzy byli w hostelu widzial przez okno szturm antyterrorystow od strony naszego skrzydla hotelu; z tego co opisywal szturm byl nieudany - jeden z zolnierzy dostal seria z karabinu maszynowego zaraz po tym jak wybiegli zza rogu. Trwalo to wszystko mniej wiecej do 3 nad ranem, wtedy zaczelo byc nieco ciszej. Znajome niemki i bodajze Joe, kolejny amerykanin mieli bilety na pociag o 6 nad ranem; na poczatku dywagowali na temat tego czy udawac sie na dworzec czy nie (mielismy sprzeczne informacje co do tego, czy byl tam zamach), na szczescie udalo sie je od tego odwiesc. Wybuchow i wystrzalow bylo troche mniej wiec postanowilismy zgodnie udac sie do pokoi i sprobowac zasnac. Moj pokoj byl na trzecim pietrze, dokladnie na rogu hostelu przeciwleglym od najblizszego rogu Taja. To takie dormitorium na 12-16 osob mniej wiecej; ten hostel "Red Shield" to dosc kultowe miejsce wsrod backpackersow, wlasciwie calosc skladu to ludzie w moim przedziale wiekowym z "zachodniego" swiata. Polozylem sie jak stalem do lozka i sprobowalem zasnac; moje proby nie trwaly zbyt dlugo po rozlegly sie jakies krzyki za oknem. Najpierw staralem sie to zignorowac ale gdy doslyszalem slowa - a wlasciwie skowyt "help me" zerwalem sie z lozka (a wlasciwie: wszyscy sie zerwalismy) i podbieglismy do okien. Scena ktora zobaczylismy bedzie mnie chyba przesladowala do konca zycia. Ostatnie pietro Taja plonelo w dwoch czy trzech miejscach widocznych od naszej strony (od strony wybrzeza, z tego co wiem, prawie na calej dlugosci). W tych miejscach w ktorych nie bylo plomieni ludzie wychylali sie polnadzy z okien, wychodzili na parapety przerazliwie wolajac o pomoc. Kilka wozow strazackich podjechalo pod nasze okna, ale nie zaglebialy sie w strone wybrzeza. Strazacy biegali bezradnie i bezladnie po ulicy, albo nie widzac co robic albo bojac sie podejsc blizej. Skowyt ludzi uwiezionych na ostatnim pietrze hotelu, duszacych sie i umierajacych ze strachu jest trudny do opisania. Nie wiem co sie z nimi stalo, krzyki trwaly przez przynajmniej kilkanascie niekonczacych sie minut, potem ucichly. Strazacy od naszej strony dostali sie do tych okien dobre pol godziny pozniej. W tym czasie na ziemi odbywaly sie straszne sceny; ludzi wyciagano z plonacego samochodu i polewano woda z wozu strazackiego; w ten sam sposob "uratowano" jednego z krzyczacych, plonacych zywcem ludzi ktorzy wychylali sie z okien hotelu - jego krzyk zamilk w chwile po tym gdy w strone jego okna skierowano armatke wodna, ktora wepchnela go z powrotem wglad plonacego apartamentu. Uwolnionych turystow wyprowadzala policja za kordon bezpieczenstwa ktory utworzyli na naszym skrzyzowaniu; stalo tam kilkanascie wozow strazackich, karetek, i samochodow wojskowych. Zolnierze z karabinami kryli sie za czym tylko sie dalo; wciaz bylo slychac sporadyczne strzaly i wybuchy granatow. Nie wiem ile z nich bylo skierowane w nasza strone a ile swiadczylo o walce trwajacej wewnatrz hotelu. Nie umiem tez okreslic ile to wszystko trwalo. W pewnym momencie podjalem decyzje i pobieglem po aparat; ale tych zdjec napewno tu nie zamieszcze. Moze te ktore udalo mi sie zrobic ranem, po niecalych dwoch godzinach snu.
Rano wydawalo nam sie ze wszystko jest ok; w takim przekonaniu zylismy mniej wiecej do godziny 10:00, kiedy kolejna seria wystrzalow i wybuchow doniosla ze walka w hotelu Taj wciaz trwa. Zanim do tego doszlo odwazylem sie wyjsc na niecale pol godziny; miasto przedstawialo ponury widok - opustoszale ulice, pozamykane sklepy, wszedzie mnostwo wojska i policji. Hotel Taj byl ogrodzony szczelnym kordonem sluzb mundurowych i wygladajacych "cywilnie" dobrze zbudowanych hindusow; udalo mi sie przez jakies trzy minuty postac na koncu ulicy biegnacej od naszego skrzyzowania w miejscu gdzie styka sie z nabrzezem. Z okien hotelu na pierwszych trzech pietrach sterczaly pozwiazywane przescieradla, jakies kable, narzuta na lozko po ktorych ludzie uwiezieni w tym budynku probowali (nie wiem z jakim rezultatem) wydostac sie na zewnatrz. Wzdluz wszystkich scian hotelu lezaly sterty pozbijanego szkla z okien. Jakies dwie godziny pozniej po koleli rozne grupy narodowosciowe zaczely opuszczac nasz hostel. Trojka slowakow dodzwonila sie do konsulatu czeskiego i pare minut po 12-stej pojawil sie ichniejszy konsul; przejety nie mniej od nas, po szybkim rozeznaniu sytuacji zadzwonil do konsulatow polskiego i niemieckiego. Konsul polski mial zajety telefon (pozniej dowiedzialem sie, ze dwoch polakow bylo wsrod zakladnikow w innym hotelu); niemiecki przyjechal w ciagu niecalego kwadransa. Poniewaz kolejne proby polaczenia sie z nasza placowka spelzly na niczym zaoferowal ze wezmie mnie wraz ze slowakami do siebie, z ktorej to propozycji skorzystalem. Bracia czesi okazali sie bardzo goscinni, nakarmili nas, napoili, dali dach nad glowa (swoja droga - najlepszy pod wzgledem standardu od czasu poczatku indyjskiej czesci mojej przygody) a jeden - przemily i dosc mlody, na placowce z zona i dwojka malych dzieciakow - udostepnil mi nawet swoj komputer, na ktorym pisze te slowa.
Nie wiem czy ten opis jest dobry czy nie, staralem sie zeby byl dosc wierny. To byla chyba najdluzsza noc w moim zyciu i szczerze mowiac jeszcze troche sie trzese. Niespecjalnie jest tu co komentowac, chcialem po prostu przekazac Wam jak to wygladalo z tutejszej perspektywy i dac znac ze wszystko ze mna ok. Jutro rano przylatuje Krzys (Slimor), odbieram go z lotniska i cztery godziny pozniej mamy planowy odlot samolotu do Delhi, z ktorego udajemy sie do Kathmandu. To chyba tyle. Trzymajcie sie i dzieki za wszystkie maile.