środa, 29 października 2008

Diwali

Nowa baza wypadowa w Pondicherry. Urocza promenada, francuskie piekarnie, post kolonialne klimaty i przemiłe towarzystwo, czyli syf jak w Tanzanii.

Wycieczka do Bangalore na Diwali - hinduistyczne święto światła.
Przejaźdżka autoriskhaw.
Dwóch Kedich.

Wyścigi.


Nie do końca udana próba dotarcia na wschód słońca na Nandi hills. Chwila medytacji nad porażką.


W trakcie Diwali z wygnania powraca Rama. Wedle tradycji hindusi zapalają lampy, żeby oświetlić mu drogę do domu. Pomimo wielu kampanii społecznych, nadal zamiast lamp najczęściej drogę wskazują mu odpalane co kilka sekund petardy - na północy Indii ponoć przez całą dobę, u nas na szczęście tylko od 6 rano do pólnocy.

Świętujemy po hindusku.


Samego Ramy nie udało nam się namierzyć, ale inne duszki owszem.

sobota, 25 października 2008

We własnej osobie

W związku ze zgłaszanym zapotrzebowaniem...

piątek, 17 października 2008

Indie

Krótki postój w Kuala Lumpur zaznaczony spotkaniem dekady (Monika, Robert - jeszcze raz wielkie dzięki!), i stało się - Bangalore przywitało mnie górami śmieci, dość chłodną nocą (a właściwie porankiem) oraz lokum, dla którego nazwa "nora" byłaby nobilitująca. Szybkie przystosowanie do nowych warunków i ruszyłem na podbój Indii.

Nowy hostel, nowi kumple - Amrinder, Vijesh i wasz niestrudzony (acz jak zwykle skromny) bohater. Zacnie pomagali mi rozpocząć pewną butelkę Johnny Walkera...


Podobnie jak w Indonezji, stosy śmieci zalegają tu na ulicach. Poniżej recycling po hindusku.

Pomimo wspaniałej atmosfery szybko ewakuowałem się do Mysore - w Bangalore niespecjalnie jest co oglądać.

Pałac Maharadży w Mysore. Po ogłoszeniu niepodległości urzędujący Maharadża został wybrany pierwszym gubernatorem.


Poza pałacem także samego Maharadzę można tu podziwiać niemal na każdym rondzie. Wieczorami oświeca swoim blaskiem szczęśliwych byłych poddanych.


A to właśnie byli poddani. Przy okazji dowiedziałem się, że trawnik można zamiatać.

I na zakończenie typowe skrzyżowanie w indyjskim mieście. Pan policjant stoi sobie cały dzień w budce i stamtąd wspomaga, obsługuje albo też zastępuje sygnalizację świetlną.

Terima kasi!

Smutno było opuszczać Indonezję, nawet z tym miłym mrowieniem w plecach przypominającym, że prawdziwa przygoda dopiero się rozpoczyna. Asieńka, Damian, jesteście naj naj. Terima kasi!

A to właśnie najlepsi ludzie pod indonezyjskim słońcem. Na rękach taty Szkrab Baobab.

sobota, 11 października 2008

Centralna Jawa

Tygodniowa wycieczka po centralnej Jawie. Już sama podróż samochodem przez 570 km dostarcza wrażeń na długie tygodnie, a potem...


Przechadzka po Dieng Plateau. Uprawiają tu ziemniaki i kapustę - prawie jak w domu, tylko 2,5 tys. metrów wyżej.

Kolory nie przestają zachwycać.

Andrzej na piedestale.

Borobudur - najważniejsza świątynia buddyjska w Indonezji.

Wschód słońca na Merapi. Niemal 36 godzin bez snu w pełni zrekompensowane.

Merapi. Skała na drugim zdjęciu pojawiła się po ostatniej erupcji dwa lata temu.


Hostel w Jogjakarcie. Po dniu pełnym wrażeń każdy wypoczywa, jak potrafi.

sobota, 4 października 2008

Idul Fitri

Ostatnie kilka dni upłynęło pod znakiem Idul Fitri, święta kończącego Ramadhan. Dobre strony: Dżakarta niemal całkowicie wymarła, gdyż pobożni muzułmanie zajęci są zapełnianiem skurczonych z głodu żołądków. Są to jedne z 18 dni w roku kiedy powietrze spełnia tu jakiekolwiek normy. Złe strony: wycie muezinów (naprawdę, inaczej określić tego się nie da) trwa teraz cały dzień.

Podbój co bardziej odległych dzielnic. Nie wszyscy świętują.



Z wujem na wysypisku, które stało się lokalizacją (architektoniczną).


Tradycyjnie w drugi dzień świąt 250 milionów indonezyjczyków wyrusza by odwiedzić wszystkich krewnych i pobratymców. Ewakuacja na Puncak i schronienie wśród pól herbacianych.



Wulkan Gede, około 3 tys. metrów nad poziomem morza. Narastający odór siarkowodoru informuje, że szczyt już blisko.


Droga na szczyt. Gorące źródła i szmaragdowe jezioro.



Pangrango. Też wulkan, tyle że wygasły.


I jeszcze ciekawostka na zakończenie. Znajomość polskich realiów przez indonezyjczyków nie przestaje mnie zaskakiwać...